Ustrzyki Górne i Zawoja czyli Bieszczady i Beskidy – 16-24.06.2017

W tym roku urlop postanowiłam spędzić w górach. Kocham góry! Celem podróży okazały się Ustrzyki Górne w Bieszczadach i Zawoja w Beskidzie Żywieckim.

W Bieszczadach byłam tylko raz w życiu, na wycieczce parodniowej i gór praktycznie wtedy nie zobaczyłam, a po połoninach nie chodziliśmy wcale. Chodziło to za mną długo, aby tam wrócić i teraz się udało. W Zawoi natomiast nie byłam nigdy, choć stamtąd są moje korzenie ! Dlatego chyba jestem jaka jestem – trochę góralicy we mnie jest 😉

Wyjazd ten miał się połączyć z innymi moimi celami, ale niestety na czas nie doszły do mnie wymagane dokumenty, więc troszkę plany się pozmieniały tzn mogłam skupić się na czym innym. O co chodziło to jeszcze na 100% się dowiecie, bo niedługo zaczynam swój mały życiowy cel :).

Wyjechaliśmy 16 czerwca do Ustrzyk Górnych. Oczywiście jak to ze mną bywa – (ale nie zawsze ;), jak mam być gdzieś na czas, bo jest to ważne to jestem!) -prawie z 2-godzinnym opóźnieniem, ale ten dzień i tak był głównie przeznaczony na dojazd i zakwaterowanie. Dodatkowo jeszcze zaczynała się psuć pogoda, więc ten dzień został wykorzystany na oglądanie nowych okolic zza okna samochodu i spokojny dojazd (też to lubię ;)). Wybraliśmy drogę przez Sanok – do pokonania mieliśmy ok 600 km. Po Sanoku trochę pokrążyliśmy za bankomatem i tam też jedliśmy, więc nawet obejrzałam sobie miasto – piękne jest. Kiedyś pojadę zwiedzić je dokładniej…

Ok godz. 18 dojechaliśmy na miejsce. Na nocleg wybraliśmy schronisko Kremenaros link– rezerwacja przez Booking.com (dla mnie obecnie najwygodniejsza forma, bo nie muszę wykonać kilkunastu telefonów i dowiadywać się czy są wolne miejsca – tu od razu wszystko widać). Jest to ostatni budynek po prawej stronie od wjazdu ze strony Leska (? – miasto się nazywa Lesko) i przez Uherce Mineralne. Nocleg do najtańszych nie należał jak na schronisko (140 zł za pokój 2os z łazienką plus po 10zł za śniadanie od osoby) ale Ustrzyki Górne to doskonałe miejsce na wypad na różne szlaki – parę kroków od nas było wejście na szlak na Połoninę Caryńską czy na Małą i Dużą Rawkę. Poza tym jest to całkiem przyjemne miejsce.

Ustrzyki Górne jak wyczytałam na jednej z tablic mają tylko 21 domów i ok 100 mieszkańców – jest to naprawdę małe miasteczko, ale jaka przyjemna cisza i spokój… W Kremenarosie był dostęp do internetu i trochę szkoda, bo my – pokolenie uzależnione od internetu nie mogliśmy się jednak od niego odciąć 😉 Był i to jeszcze darmowy, więc łączność ze światem i to bardzo szerokim mieliśmy codziennie ;).

W dzień przyjazdu zameldowaliśmy się i poszliśmy zobaczyć co tam w ogóle w tych Ustrzykach jest. Niewiele było. Nie mniej jednak kilka karczm się tam znajduje, sklepy spożywcze (2 na pewno), sklepy z pamiątkami, Kościół i na przeciwko Kremenaros jest wielki teren i budynki Straży Granicznej (widać to z daleka).

Po drodze rzuciła mi się knajpa/bar/karczma/restauracja „Bieszczadzka Legenda” i tam chcieliśmy się posilić i napić. Ale ruch był tam spory i szykowano się do koncertu i pan mi powiedział, że na jedzenie mam czekać ok 1,5 godz, bo tyle jest zamówień. Zatem wybrałam herbatkę z imbirem, a mój Sławek wypił sobie tutejsze piwko – Ursa Maior (12 zł za 0,5 – a browar znajduje się max 30 km dalej … ale spróbowałam i było dobre, choć ja się na tym naprawdę nie znam, bo piję alkohol w znikomych ilościach :)). A posiłek jednak zjedliśmy „u nas”.

Kolejnego dnia, w sobotę, nie byliśmy praktycznie nigdzie, bo była brzydka pogoda i były tylko niewielkie przerwy od deszczu. Jak poszliśmy na śniadanie ok. 9 to wyszliśmy stamtąd ok 12/13. Przynajmniej przeczytałam książkę, która wpadła mi przypadkowo w ręce. Ale się uśmiałam. Książka dla dzieci i dla dorosłych w sumie też :). Dobry „odmóżdżacz”.

Po południu, jak przestało padać i lekko się przejaśniło, to wybraliśmy się na spacer w kierunku miejscowości Wołosate. Po jakiś paruset metrach był znak „Zwolnij NIEDŹWIEDZIE”.

Dziwne wrażenie, a ponadto w lesie niedaleko, prawie w tym samym momencie, ujrzałam coś dużego i brązowego. Zrobiłam szybko zdjęcie ale zoom był za mały i w dodatku ostrość skupiła się w przybliżeniu na liniach wysokiego napięcia :/ Ale chyba to raczej jakiś duży jeleń był…

zbliżenie maksymalne – wycięte ze zdjęcia

W każdym bądź razie poszliśmy dalej i nawet chmurki się rozproszyły i pierwszy raz zobaczyliśmy, że jednak z Ustrzyk coś więcej widać – zobaczyliśmy kawałek Połoniny Caryńskiej.

Radość nie potrwała długo i zaraz przyszły chmury i zaczął padać deszcz, więc zawróciliśmy szybko do schroniska. Zdążyliśmy zmoknąć. Ja wiem, że wiele osób chodzi też po górach w deszczu. Jednak ja bardzo nie lubię moknąć i chodzić w takich wilgotnych rzeczach. Nawet jak się ma wodoodporną kurtkę, buty i spodnie to jednak i tak jest nieprzyjemnie. Dlatego nigdzie nie wyszliśmy. Jak jeszcze wyjdzie się na szlak i dopiero gdzieś po czasie złapie deszcz to trudno, trzeba iść dalej, ale wychodząc na wędrówkę, gdy na dzień dobry już pada to jednak nie dla mnie/dla nas.

Ten dzień jednak i tak był udany, bo tego dnia o godz. 20:00 w naszym schronisku w barze odbył się występ: Aldaron i Czaku. Pierwszy raz się z nimi spotkałam ale byłam zachwycona. Sławkowi także się podobało. Nawet do teraz nucimy sobie pod nosem teksty Aldarona. Bardzo życiowe. Czaku towarzyszył Aldaronowi i grał na gitarze, ale i sam coś swojego zaśpiewał i też było super! Aldaron jest samodzielnym artystą. Po 23 wróciliśmy do swojego pokoju. Wieczór był naprawdę udany.

Aldaron – Pytania

Aldaron – Gdy wieczorem… (piosenka bieszczadzka)

Następnego dnia (18.06) znów nie było fajnej pogody a mnie już zaczęło nosić, więc stwierdziliśmy, że wybierzemy się autem na objazdówkę i pojedziemy do Polańczyka i Soliny. Ale pierwsze pojechaliśmy zobaczyć do Wołosate skąd jest szlak na Tarnicę. Wzięliśmy po drodze parę, która chciała się tam właśnie dostać. Z Ustrzyk do Wołosate jest 6km, więc postanowiliśmy im pomóc :). Byli twardsi niż my, bo w taką pogodę chcieli się wybrać w góry 🙂 W Wołosate było kilka takich samych domów i wejście do parku. Zostawiliśmy ich tam, zobaczyliśmy wejście na szlaki i pojechaliśmy na zwiedzanie bieszczadzkich miejscowości. W górach były chmury ale nam nawet słonko przyświeciło „na nizinach”. Zatrzymaliśmy się w miejscowości Polańczyk (uzdrowiskowa miejscowość) i wybraliśmy się na spacer na cypelek skąd widać było zaporę wodną po drugiej stronie. I tylko tam nas na chwilę złapał deszcz.

Polańczyk

na końcu cypelku w Polańczyku
za naszymi plecami jest na wprost zapora na Solinie

Zjedliśmy sobie obiad w Oberży „Zakapior” – (m.in kuchnia łemkowsko-bojkowska) – pyszne było! Tam wyczytałam kim jest Zakapior:

  • „Dawniej – człowiek przemieszczający się po gościńcach i drogach, głównie pieszo, ubrany w podróżną opończę z kapturem. Cechowała go umiejętność wykonywania różnych zawodów rzemieślniczych, idea życia z dnia na dzień, swoboda w decydowaniu o sobie. Przynosił wieści ze świata, często obdarowany talentem artystycznym. Wolny !!!
  • Dzisiaj w Bieszczadach – „zakapiory” – grupa ludzi, którzy przyjechali w Bieszczady poszukując swobody osobistej i wolności myśli, często zrywając całkowicie z dotychczasowym sposobem życia. Zarabiając na życie – „jak się da” – rozwijali obudzone tutaj większe lub mniejsze zdolności artystyczne. Miłość do Bieszczad wynagradza im wszelkie niedostatki egzystencji. Własna filozofia, chociaż nie zawsze trafna pozwala im żyć „po swojemu”. Gatunek umierający !!! Nie chroniony.”

za mną te wszystkie obrazy były do kupienia – ceny spore…

Po tym pojechaliśmy nad zaporę w Solinie. Spacerek po zaporze i powrót. Wpadła mi tam w oczy książeczka i zakupiłam ją sobie : wiersze poetki o Bieszczadach i nie tylko -Mira Zalewska „Wyklęte Anioły” i „Bieszczady do góry nogami” (to jedna dwustronna książka – 25 zł  i autograf był w środku -> wiersze super!). Wycieczka była bardzo udana i widoki prześliczne. Dzień uratowany 🙂

widok na Polańczyk z Zapory

Zapora:
Wysokość – 82 m
Długość – 664 m
Kubatura – 760 000 m2
Zbiornik:
Pojemność – 500 tys m3
Powierzchnia – 2200 ha
Długość – 26,6 km
Długość linii brzegowej: 150 km

Na powrocie znad Soliny zatrzymaliśmy się w punkcie widokowym – panorama Bieszczadów znad Lutowisk – wow! (p.s. ja myślałam zawsze, że pisze się Bieszczad ;))

A to zdjęcia z drogi do Ustrzyk Górnych ze strony od Uherców Mineralnych, czyli dalej prosto od panoramy Bieszczadów znad Lutowisk :):

No i w końcu w poniedziałek obudziło nas rano słońce! Piękna pogodna, więc po śniadaniu wybraliśmy się na wycieczkę. Kierunek – Połonina Caryńska. Ciągle słyszałam Bieszczady i Połoniny, więc tak bardzo mnie te Połoniny ciekawiły, że tam jako pierwsze poszliśmy. Wejście na szlak było jakieś 100/200 m od naszego schroniska. Wejście do Parku Bieszczadzkiego jest płatne, ale ceny w różnych miejscach są różne. Tutaj było po 6 zł/osoba.

wejście na szlak czerwony na Połoninę Caryńską z Ustrzyk Górnych
widok ze szlaku na placówkę Straży Granicznej oraz na nasze schronisko Kremenaros
myszki – co chwilę było można jakąś spotkać 😉
nie wiem czy dobrze to widać ale mnie rozbawiło – w wiacie na szlaku
taka ścieżka…

Szlak długo ciągnął się w lesie i pod górę. Po tych deszczach było sporo błota ale widok na szczycie wynagrodził wszystko. Cudnie cudnie cudnie….

Ścieżka przyrodnicza Połoniny Caryńskiej – co kawałek są takie tabliczki

Przed wejściem na szlak zakupiliśmy mapę Bieszczad – wodoodporną i bardzo pomocną w planowaniu tras (koszt -25 zł). Uważam, że jednak mapa tradycyjna jest dużo bardziej praktyczniejsza niż wszystko co dostępne w telefonie. Telefon może się popsuć, zamoknąć, wyładować a mapa na papierze to jednak coś bardziej stałego.

Przeszliśmy cały czerwony szlak Połoniny Caryńskiej aż do miejscowości Berehy Górne czy inaczej Brzegi Górne. Tam też jest budka do zakupienia biletów do Parku, bo tam też zaczyna się szlak na Połoninę Wetlińską (dla nas to już było za dużo jak na pierwszy dzień). Mieliśmy wrócić drogą do Ustrzyk Górnych ale okazało się, że przyjechał na parking bus i skorzystaliśmy z tej opcji 😉 (to było ok 9 km więc to była dobra decyzja, bo na drugi dzień byłoby chyba ciężko – koszt busa 6zł/osoba)

Kolejnego dnia też była piękna pogoda, więc też trzeba było gdzieś ruszyć, bo w środę już wyjeżdżaliśmy do Zawoi. Wybraliśmy… nie Tarnicę jakby można było przypuszczać ale Połoninę Wetlińską. Dlaczego nie Tarnica? Bo to się wiąże z tym, co napisałam na początku – z moim małym projektem, który się nie udało rozpocząć na tym wyjeździe. Wybraliśmy opcję z dojazdem autem na parking w Brzegach Górnych, czyli tam gdzie w dniu wcześniejszym skończyliśmy. Parking kosztował nas 12 zł. Wstęp do BdPN 6zł za osobę. Nie jechaliśmy tam busem, gdyż jakoś tak nie zauważyłam tam rozkładów jazdy. Chyba jeżdżą jak chcą a ja ryzykować nie chciałam aby po powrocie z wycieczki nie mieć powrotu do Ustrzyk. Zawsze są nóżki i stop ale nóżki już były lekko zmęczone a kilometrów po samej drodze ponad 10, a na stopa jeszcze nigdy nie jechałam i na razie odwagi brak ;).

Brzegi Górne
Ścieżka przyrodnicza Połoniny Wetlińskiej

Połonina Wetlińska jest dużo dłuższa od Caryńskiej, więc jako, że był to dzień po dniu wycieczek to wybraliśmy trasę z Berehy Górne do Chatki Puchatka” (schronisko na Połoninie Wetlińskiej bardzo osławione m.in też przez właściciela – Lutek Pińczuk). O nim i tym schronisku słyszałam kiedyś na tej wycieczce co byliśmy w Bieszczadach, więc bardzo chciałam tam pójść). Stamtąd doszliśmy jeszcze do Osadzkiego Wierchu (tak jest  zaznaczone na mapie, ale oznaczenia tam nie było – był to najwyższy punkt i stwierdziliśmy, że to to) i z powrotem wróciliśmy do Chatki Puchatka, a następnie zeszliśmy w dół już żółtą trasą do Przełęczy Wyżnej, gdzie znajduje się obelisk Harasymowicza. Z tego miejsca przeszliśmy już drogą – max 3km do parkingu w Brzegach Górnych.

tam na końcu cienia jest schronisko Chatka Puchatka

tu najdalej doszliśmy na Połoninie Wetlińskiej

Jako, że był to praktycznie ostatni dzień w Ustrzykach Górnych to stwierdziłam, że w końcu może zjem w „Bieszczadzkiej Legendzie”, bo zachwalano tamtejszą kuchnię i może już nie trzeba będzie tyle czekać ;). Tego, co weszło mi w oczko już nie było, więc zjadłam gulaszową oraz czarcie coś (już nie pamiętam dokładnie nazwy – a był to karczek pod kapustą, boczkiem i kiełbasą – dobre ale za syte jak na mnie). Ciekawość jednak została zaspokojona ;).

21.06 po śniadaniu spakowaliśmy się i pojechaliśmy do Zawoi. Kilometrów było ok 400, czas ok 5 godz, bo drogi nie były z tych szybkich. Nie mniej cała droga była niezwykle urokliwa.

Dojechaliśmy do Zawoi bardzo zmęczeni. Więc tylko się zameldowaliśmy – Noclegi Styrnol (rezerwacja także przez Booking.com; jestem już klientem Genius i dostałam 10% zniżki i za 3 noclegi dla 2 osób zapłaciliśmy 378 zł ze śniadaniami). Śniadania były w karczmie na przeciwko, w „Dzikiej Chacie”, kiedyś także się nazywała Styrnol, ale po Rewolucjach Magdy Gessler zmieniono nazwę. Rewolucje przeszły pozytywnie :).  Karczma i noclegi godne polecenia. Ale ta Zawoja jest tak niemiłosiernie długa, że za wiele na nogach nigdzie się stamtąd nie udaliśmy. W ten dzień poszliśmy jeszcze na kolację do tejże karczmy i zjadłam tam przepyszną kwaśnicę (cena 12 zł a jak ktoś śpi w Styrnolu to jest zniżka na wszystko w Karczmie 10%).

Jako, że w piątek miała się popsuć pogoda to już na następny dzień wyruszyliśmy na Babią Górę. Po Bieszczadach troszkę nas jeszcze nóżki bolały, więc wybraliśmy czerwony szlak z Przełęczy Krowiarki. Najwyżej położona przełęcz w Polsce. Dojechaliśmy tam autem – było to ok 10 km od naszego noclegu. Parking był płatny – 15 zł cały dzień. Bilety wejściowe do BgPN po 4 zł za sztukę zostały zakupione oraz mapa za 10 zł (bardzo przydatna do planowania innych wycieczek a jest co tam zwiedzać :)). Szlak przygotowany 1 klasa. Oczywiście też pod górę. Zaczęliśmy z 1000 m n.p.m a szczyt to 1725 m n.p.m. Lekko nie było ale było naprawdę warto! A ten widok Tatr z góry jest przepiękny. Jeszcze kiedyś tam wrócimy ale na szczyt wybierzemy się inną trasą, przez Schronisko Markowe Szczawiny (dłuższy szlak).

wejście na szlak czerwony na Babią Górę z Przełęczy Kowiarki
widok z Sokolicy
Sokolica

widok na Tatry – cudne to było …
jeszcze tak Tatr nigdy nie podziwiałam…
a to druga strona widoku 🙂

widok na Tatry

ze szczytu Babiej Góry
pomnik poświęcony ku pamięci Jana Pawła II
stoi na Babiej Górze

 

Baba na Babiej Górze lub też Diablica na Diablaku 😉

Chwilkę posiedzieliśmy na szczycie i pocieszyliśmy oczy pięknymi widokami. Bardzo tam wiało, jednak mimo to było bardzo przyjemnie. Babia Góra zwana jest także Diablakiem. Szczerze to wcześniej o tym nie wiedziałam. Wiąże się z tym pewna legenda:

zaczerpnięte ze znaków przy karczmie na Mosornym Groniu- „Jedna z nich mówi, że na szczycie Babiej Góry do pierwszego piania koguta diabeł miał zbudować zamek dla gazdy z Zawoi, który w zamian zapisał mu swoją duszę. Kiedy zamek był już na ukończeniu, sprytny gazda silnie ścisnął kura schowanego pod cuchą. Kogut przerażony zapiał, a wściekły diabeł tak silnie uderzył kopytami w ziemię, że zamek się rozsypał i pozostały po nim i pozostały po nim tylko ruiny, które do dziś możemy podziwiać. Nawiązują do tej historii inne ludowe nazwy szczytu: Diabli Zamek lub Diable Zamczysko.”

szczyt Gówniak 😉
szczyt Sokolica na powrocie

znak przy parkingu na Przełęczy Krowiarki – nie sposób ominąć (parking 15 zł cały dzień)

przy samej drodze

Ogólnie rzecz biorąc to moim celem w Zawoi, oprócz Babiej Góry to było Centrum Górskie Korona Ziemi. Powstało ono chyba ze 2 lata temu i już wcześniej chciałam tam jechać, ale jakoś nie było okazji. W pierwszy dzień jak dojechaliśmy chciałam sprawdzić w jakich godzinach jest otwarte i jakież było moje zdziwienie, gdy na ich stronie wyczytałam, że było ono otwarte tylko do marca 2017 !!! I nie było wiadomo dlaczego. Myślałam, że czegoś nie uaktualniono, więc zaczęłam szukać w internecie i okazało się, że zostało przeniesione do Chorzowa… Masakra jakaś. Nie spodziewałabym się tego i byłam i z resztą nadal jestem bardzo zawiedziona! Nawet nie zrobiłam ze złości zdjęcia tego obiektu, aby Wam pokazać. Kto by pomyślał, że po 2 latach go już tam nie będzie. Tyle pracy. Choć nie jest napisane czy na zawsze jest zlikwidowane. Ponoć do października tego roku ma być dostępne w Chorzowie. Centrum Górskie pasuje bardziej do Zawoi niż Chorzowa ale cóż zyski muszą się zgadzać :/

opis losu Centrum Górskiego Korony Ziemi w Zawoi

Poza tym w samej Zawoi to tak naprawdę nic takiego nie ma. Rozciągnięta masakrycznie – ok 18 km. Na pieszo raczej ciężko się tam poruszać. Podzielona jest na części: Zawoja Mosorne, Zawoja Policzne itp… ja sobie wyobrażałam, że będzie to miejscowość taka jak Karpacz czy Zakopane tzn, że jest tam takie miejsce, gdzie skupia się wszystko. My nie mogliśmy znaleźć sklepu z pamiątkami. Więc pamiętajcie najlepiej kupować tam pamiątki przy wejściach na szlaki. Ja pooglądałam i pomyślałam, że zobaczę jeszcze gdzie indziej, ale już nie było gdzie. W ostatni dzień wróciliśmy się ok 5km do Galerii na Uciechę, bo coś takiego wynalazłam w internecie, lecz tego, czego szukałam nie było, a już nam się nie chciało dalej krążyć (także Bracie nie masz otwieracza z Zawoi ;))

Kolejnego dnia, czyli w piątek pogoda zgodnie z zapowiedzią się zepsuła, więc stwierdziliśmy, że pojedziemy do Muzeum Babiogórskiego Parku Narodowego na wystawę stałą. Na mapie zauważyłam, że wyżej jest jeszcze Skansem im. Józefa Żaka i tam pojechaliśmy jako pierwsze (Zawoja-Markowa). Wstęp 3 zł za osobę. Do zwiedzenia były 3 stare drewniane domy, po którym zostaliśmy oprowadzeni.. Domy te prezentują babiogórskie budownictwo a najstarszy z nich jest z 1802-15. Moim zdaniem warto tam zajrzeć.

Poniżej skansenu jest darmowy parking i tam też jest wejście na szlak m.in do Schroniska PTTK Markowe Szczawiny.

Paręset metrum poniżej jest właśnie Muzeum BgPN (wstęp 4 zł/osoba). Można tam zobaczyć zwierzęta występujące w BgPN, posłuchać ich odgłosów, obejrzeć zdjęcia w 3D na takiej fajnej maszynie oraz zobaczyć można bardzo ciekawą prezentację o Babiej Górze – klimat, położenie, hydrologia… Ciekawe miejsce. Wokół muzeum jest także ogród, gdzie jest pełno opisanych roślin występujących w BgPN.

no i spotkaliśmy niedźwiedzia (dobrze że tylko takiego) 😉
tradycyjny strój babiogórców

Stamtąd jeszcze pojechaliśmy do Zawoi-Czatoży, gdzie znajdują się 3 zabytkowe piwniczki oraz dzwonnica loretańska (już ciągnęłam za sznurek by zadzwonić ale jednak się zreflektowałam, bo nie wiedziałam czy wolno). Sławek nie wyszedł nawet z auta (bo praktycznie to nawet nie trzeba było) a ja wyskoczyłam na chwilę zrobić zdjęcie. Zdążyłam cyknąć i piwniczkom i dzwonnicy i złapał mnie deszcz (chyba za to, że chciałam dzwonić ;)).

Teraz skorzystam z mapy (wydawnictwo Copmass), gdzie miejsca te są opisane:

  • Dzwonnica loretańska w Zawoi-Czatoży – charakterystyczny element krajobrazu Beskidów Zachodnich i Podtatrza. Dzwonnice te wznoszono przy drogach, w pobliżu siedlisk ludzkich. Dźwięk zawieszonego loretańskiego dzwonka miał, według wierzeń górali, przepędzać nadciągającą burzę, a wraz z nią przybywające wówczas demony, zwane płanetnikami. Dzwonieniem na burzę zajmował się specjalnie wybrany przez daną społeczność góralską dzwonnik. Był to wyłącznie mężczyzna, cieszący się szacunkiem współmieszkańców, hojnie obdarowany za pełnioną służbę.”

  • Trzy piwniczki – zespół trzech zabytkowych piwniczek, nakrytych szopami, rzadkich obecnie, choć niegdyś powszechnie występujących na obszarze zamieszkiwanym przez babiogórców. Obecnie nieco zeszpecone eternitowym dachem. Uwagę zwracają wspólne rynny dla dwóch sąsiadujących piwniczek, wydrążone w pniu drzewa.”

Obiad zjedliśmy w karczmie „Tabakowy Chodnik”. Ciekawy opis tego miejsca znalazłam w menu:

I nastał ostatni dzień naszego urlopu. Postanowiliśmy, że jeszcze wykorzystamy go na wjazd wyciągiem na Mosorny Groń (na wejście już nie było sił i czasu ;)). Akurat rozpoczynał się sezon wakacyjny i bilety były za 50% ceny. Ogólnie i tak nie jest tam drogo, bo wjazd normalny góra-dół kosztuje w pełnej cenie 17 zł a sam wjazd do góry 12 zł (my 17 zł zapłaciliśmy za 2 osoby góra-dół). Ale jakie stamtąd są widoki na Babią Górę! I na szczycie są ławeczki i można tam siedzieć i cieszyć się pejzażami. Jest tam też karczma. Super miejsce. Miejsce rewelacyjne i na narty i na downhill – trasy długie.

Mieliśmy tam sobie trochę posiedzieć a potem zjechać i wyruszyć do domu, ale jeszcze ciekawiło nas jedno miejsce, do którego można było się stamtąd udać – Wodospad na Mosornym Potoku. Wg znaków było tam 30 min, więc poszliśmy i faktycznie tyle się gdzieś szło. Powrót już był wg znaków 1 godz. Pod górkę było już gorzej. Cała wycieczka wg endomondo, łącznie z robieniem zdjęć pod wodospadem zajęła nam 1,50 h – ok 4,8km. Wodospad ten jest także warty odwiedzenia. Gdybyśmy mieli więcej czasu to wycieczka wyglądałaby tak: wejście na Mosorny Groń i zejście przez Wodospad do Centrum Zawoi – wg mapy żółtym szlakiem od praktycznie naszego noclegu na Mosorny Groń tj 2,20 h, a zejście niebieskim szlakiem do Centrum 1,15 h

Wodospad na Mosornym

Na szczycie, obok karczmy, można było przeczytać wiele ciekawostek (mam nadzieję, że coś idzie przeczytać):

Po powrocie znad wodospadu, posiedzieliśmy jeszcze chwilkę na szczycie ciesząc oczy widokami i zjechaliśmy wyciągiem. Na dole TVP3 Kraków kręciła program – pokazywali w tv na żywo ale na nas kamery nie były skierowane, więc nas nie było widać ;).

 

Ach jeszcze jedno  – na tym wyciągu na kanapach były pytania, takie regionalne, a na słupach odpowiedzi – niby nic takiego a jednak fajny ciekawy 🙂

Na koniec jeszcze w „Dzikiej Chacie” zjadłam sobie kwaśnicę i pojechaliśmy do domu…

I do Ustrzyk Górnych i do Zawoi jeszcze na pewno wrócimy 🙂 Zresetowałam się tam dobrze 🙂

 

 

 

 

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *