Czarnobyl część 4

4 października 2016 – 3 dzień cd cd 😉

 

To już będzie ostatni wpis dotyczący tego dnia ;). Podczas każdego dnia widzieliśmy tak wiele ciekawych miejsc, że za dużo byłoby na raz do opisania. A dodatkowo piszę o tym po paru miesiącach, więc także troszkę więcej czasu zajmuje mi przypomnienie sobie wszystkiego krok po kroku. Mam nadzieję, że Wam to nie przeszkadza.

Z przedszkola w Kopaczi udaliśmy się na fermę norek. To miejsce także wzbudziło we mnie mieszane uczucia, bo były tam rozbite różne preparaty i były słoiki z „zakonserwowanymi” żyjątkami, częściami czegoś tam itp. Klatki samie w sobie nie były tak nieprzyjemne ale te słoiki… Sami zobaczcie i uwaga, bo dla niektórych może być to nieprzyjemny widok:

Miejsce to, jak wspomniałam wcześniej, to eksperymentalna ferma norek – a na czym polegał owy eksperyment? Budynek ten znajduje się niedaleko elektrowni a obok jest woda, w której żyło sporo rybek. W wyniku awarii woda, jak i znajdujące się w niej ryby zostały skażone i wymyślono, że sprawdzą co się stanie jak będą karmić norki tymi skażonymi rybami. Okazało się, że mięso norek zostało skażone ale futro ponoć nie. Ciekawa jestem kto stał się tym „szczęśliwym” posiadaczem takiego futra…

Poniżej jeszcze parę fotek z fermy.

Niedaleko tego miejsca znajduje się nieukończona chłodnia kominowa i to też był kolejny punkt naszego programu. Jak wiadomo Czarnobylska Elektrownia Jądrowa miała zostać rozbudowana o reaktor 5 i 6 i budowa była już daleko posunięta, lecz niestety awaria reaktora nr 4 spowodowała zaprzestanie dalszych prac. A ta chłodnia kominowa jest właśnie częścią tej niedokończonej nigdy budowy.

kolejny „gorący punkt”

Aby dojść do niej musieliśmy iść kawałek po torach, później przejść  łąką/trawą obok małego składowiska metalowych różnych rzeczy i obok kolejnego „gorącego punktu” (zdjęcie powyżej). Jest to bardzo wielka konstrukcja. Najbardziej charakterystyczną rzeczą, którą tam zapamiętałam był pięknie wymalowany na jednej ze ścian w środku – mural. Nie pamiętam kogo przedstawiał. Mnie kojarzy się z naszym doktorem Religą. Nie wiem czemu ale jak na to patrzę to od razu o nim myślę.

* znalazłam informację na stronie http://czarnobyl.pl/aktualnosci/mural-w-30-rocznice-awarii , że jest to fotorealistyczny mural będący obrazem jednej z najbardziej rozpoznawalnych fotografii autorstwa Igora Kostina przedstawiającą jednego z likwidatorów i mural ten stworzył w 30 rocznicę awarii australijski artysta Guido Van Helten. Faktycznie jak to teraz przeczytałam to przypomniałam sobie, że była mowa o tym, że jest to obraz jednego z likwidatorów (aż mi głupio, że nie zapamiętałam)

 

Obok tej chłodni jest jeszcze jedna sporo niższa, bo nawet nie jest w połowie postawiona do góry. My akurat tam nie doszliśmy ale niektórzy od nas byli i tam.

Kolejnym punktem były żurawie / dźwigi portowe. Ponoć też ważny do odwiedzin, ale mnie jakoś tak nieszczególnie zauroczył. I tak szczerze powiedziawszy to dużo nie zapamiętałam historii tych żurawi (tyle kojarzę, że także brały udział w usuwaniu skutków awarii i były mocno skażone- choć nie wiem czy to prawidłowe kojarzenie i może jakaś dobra dusza mnie poprawi, a pierwotnie to służyły elektrowni, Prypeci – przewożenie ładunków itp:)). Najbardziej zapamiętałam to, że były one bardzo mocno „zaznaczone” przez ptaki ;). Miałam na nie nie wchodzić, bo jakoś mnie nie zachęcały, gdyż ich stan nie był super i stały nad wodą, ale później stwierdziłam, że jak nie wdrapię się chociaż kawałek to będę żałować. I weszłam na ostatni. Pogoda nie była zbyt łaskawa, bo siąpiło jak dobrze pamiętam i widocznośc była słaba. Po drugiej stronie można już było dojrzeć delikatnie Prypeć. Jakby było ładnie to pewnie wrażenia byłyby ciekawsze ale na pogodę wpływu nie mamy więc nie ma co narzekać.

ja weszłam tylko na ostatni
w oddali budynki Prypeci
Sławek nie miał ochoty wejść 😉 ja sobie nie odpuściłam
z dołu wygląda to tak
to jest mój widok, moja maksymalna wysokość, wyżej nie poszłam
najgorszy stan był na samym dole, dlatego najgorsze dla mnie było znalezienie sposobu na pierwszy krok na drabinkę
jeszcze jeden widoczek z „mojego” żurawia
to był właśnie ten „mój”

No i na koniec tego dnia pojechaliśmy w końcu pierwszy raz do Prypeci, a dokładniej na stację kolejową Janów. Wszyscy już nie mogli doczekać się tej wizyty. Wjazd do miasta jest strzeżony, więc musieliśmy minąć bramę strażników, którzy sprawdzili nasze zezwolenia na wjazd i nareszcie „ją” ujrzeliśmy.

Zaczynało już robić się mrocznie, więc dodatkowy dreszczyk emocji doszedł. Przejechaliśmy przez miasto, zerknęliśmy na parę budynków w ciemności ale naszym celem tego dnia była tylko stacja Janów. Dojechaliśmy do pewnego punktu, gdzie przez tory udaliśmy się w stronę lasku, w którym było pełno wagonów. Pociągi leżały powywracane nawet do góry nogami. Dziwne wrażenie. Wrażenie jakby zrobiły to jakieś niestworzone istoty. A prawdopodobnie zrobili to „złomiarze”, czyli ludzie zarabiający na złomie ze Strefy Wykluczenia, za zgodą rządzących (niestety!).

Był tam jeszcze jakiś czołg czy a’la czołg i inne sprzęty i wszystko to sporo pikało tzn dozymetry się obudziły, bo sprzęt ten był dość skażony. Ja nie podchodziłam blisko ale niektórzy nie mieli oporów (były miejsca, w których byłam bardziej ostrożna i to było jedno z nich). Trochę na powrocie się zgubiliśmy tzn. bardziej może nie zgubiliśmy lecz nie mieliśmy pewności czy dobrze idziemy. Całe szczęście wyznacznikiem były tory a później na spokojnie można było dojść do miejsca zbiórki. W tym czasie zrobiło się już ciemno i wszystko to razem otrzeźwiło mnie mocno mimo, że po całym dniu chodzenia po Strefie byłam już mocno zmęczona.

oczy duże tzn, że czujność wzmożona 😉
a Sławek z kolei tutaj w swoim żywiole 😉

Jak wszyscy już grzecznie zebraliśmy się w naszych autobusikach to udaliśmy się na kolację jeszcze raz do stołówki pracowniczej. Wspominałam Wam wcześniej, że przed wejściem na stołówkę trzeba było przejść kontrolę dozymetryczną i tak to o to wyglądało.

Kolacja była taka sama jak obiad tzn menu było inne lecz też składała się z dwóch dań, surówek, deseru i kompotów, czyli był to już nasz 3 obiad w ciągu dnia 🙂 I jedno trzeba przyznać, że głodna tam nie chodziłam.

Po kolacji udaliśmy się na stację, na której rano wysiadaliśmy. Przeszliśmy kolejną kontrolę dozymetryczną (na stacji przechodzi się ją podwójnie) i razem z pracownikami udaliśmy się do pociągu, który zawiózł nas z powrotem do Sławutycza. Jak dobrze sobie przypominam to w Sławutyczu byliśmy po 21. A tacy byliśmy zmęczeni, że zrezygnowaliśmy już z jakiegokolwiek wyjścia tylko udaliśmy się do naszego hotelowego ciepłego, milutkiego pokoiku. Na następny dzień trzeba było znów wstać wcześnie rano i znów nas czekała kolejna całodzienna wyprawa, której głównym celem była Prypeć…

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *